Chwila słabości, zwątpienia, albo po prostu choroba może się zdarzyć każdemu. Ale czy Ty dajesz sobie na to przyzwolenie? A może stale pędzisz na złamanie karku i wydaje Ci się, że jesteś niezniszczalny? Może wydaje Ci się, że jesteś ponad to wszystko? A może po prostu nie potrafisz odpuścić?

Krótka historia długiego weekendu.

Wszystko było zaplanowane. Od dawna wiedzieliśmy z Żoną jak spędzimy ten długi weekend, który związany był z rocznicą odzyskania niepodległości. Ten weekend miał się zacząć dla nas już w piątek wczesnym popołudniem, a zakończyć miał się dopiero późną nocą w poniedziałek.

Życie jednak postanowiło inaczej.

Zaczęło się to w czwartek wieczorem. Właśnie kończyliśmy z Żoną oglądać jakiś program. Nagle zrobiło mi się zimno i przeszły mnie lekkie drgawki. Myślałem, że po prostu w pokoju zrobiło się chłodno i tak zareagowałem. Postanowiłem wziąć ciepły prysznic i się rozgrzać.

Niestety nie pomogło. Zrobiło się nawet gorzej, bo już cały zacząłem się trząść. Ledwo doszedłem do łóżka i powiedziałem Żonie, że mam się strasznie słabo. Szybko o mnie zadbała. Przykryła mnie kołdrą i dwoma warstwami koca. Trząsłem się jednak nadal.

Nie miałem pojęcia co mi jest, bo jestem osobą, która nie była chora na nic od lat (nie licząc skręconej kostki na 10 dni przed własnym weselem). Do tej pory nie wiem, czy było to zatrucie, czy wirus, który ostatnio grasował w naszym domu. Jednak noc z czwartku na piątek okazała się koszmarna.

Nie chodziło tylko o te ciągłe podróże do łazienki. Chodziło o to, że zupełnie nie potrafiłem zaakceptować, że cokolwiek może mi dolegać. Nie jestem typem mężczyzny, który z gorączką dzwoni po karetkę. Więc było to dla mnie trudne doświadczenie, że w jakiś sposób zaniemogłem. Ciągle się budziłem i wszystko zaczynało się od nowa.

W piątek byłem niewyspany i potwornie odwodniony. Nie mogłem zebrać myśli. Całe szczęście mogłem trochę wyluzować w pracy, a o całą resztę zadbała moja Żona. Był to jednak jeden z tych dni, w którym człowiek nie robi absolutnie nic i jest tym straszliwie zmęczony. Jest to chyba najgorszy z możliwych rodzaj zmęczenia, bo nie ma on obiektywnego sensu.

Oczywiście wszystkie plany trzeba było zmienić. Nie wiedziałem czy się zatrułem, czy to był wirus, więc nie chciałem nikogo zarazić. Szczególnie, że mieliśmy jechać do osoby, która ma małe dziecko. To zupełnie niepotrzebny stres dla wszystkich.

Kiedy życie Cię zaskoczy masz okazję pomyśleć.

No więc piątek był wyrwany z kalendarza. Ale zostało nam kilka dni weekendu, które warto było wykorzystać w jakiś ciekawy sposób. Nie było opcji, żeby poszaleć, bo przecież nie byłem pewien, czy mój organizm się jakoś ogarnie. Postanowiliśmy z Żoną odpocząć. To wydawało nam się najbardziej sensowne rozwiązanie, bo ostatnie weekendy spędziliśmy gdzieś na wyjeździe.

W sobotę czułem się już lepiej, więc pomogłem Żonie w sprzątaniu i ugotowaliśmy wspólnie obiad. Było tego wszystkiego sporo, ale cieszyłem się, że mogłem w końcu coś zrobić, bo w piątek nie dałbym rady. To mi dało do myślenia.

Dlaczego nie doceniamy własnego zdrowia, kiedy nic nam nie dolega? Dlaczego narzekamy na tak wiele rzeczy, kiedy obiektywnie jesteśmy w dobrej formie i wszystko tak naprawdę zależy od nas? Dlaczego potrzebujemy dostać po dupie, aby się zatrzymać i pomyśleć?

Przecież dużo piszę o tym, że świat pędzi zbyt szybko. Przecież dobrze wiem, że takie życie powoduje stres. Staram się o tym przypominać innym, ale sam o tym zapominam. Sam wpędziłem się ostatnio w spirale obowiązków, która nie miała końca. Uważałem, że wszystko da się zrobić, a kalendarz jest z gumy i wszystko pomieści.

Ale wiesz co? To wszystko bujda. Tak naprawdę takie gonienie za własnym ogonem nie ma sensu. Takie życie z motorkiem w tyłku nie ma sensu, bo prędzej czy później odbije się na Tobie czkawką. Teraz to wiem, a dostałem tylko delikatne ostrzeżenie. Ludzie czasami nie potrafią się ogarnąć, choćby spadły na nich gromy z nieba.

Więcej luzy i więcej uśmiechu.

To był długi weekend niepodległościowy, ale też weekend odpoczynku. Takiego odpoczynku, który równoznaczny był z leniuchowaniem bez wyrzutów sumienia. Nie licząc sobotniego sprzątania i poniedziałkowego wybierania prezentów świątecznych, resztę czasu spędziliśmy z Żoną na leniuchowaniu.

Oczywiście zrobiliśmy to po naszemu. Obejrzeliśmy dwa filmy. Czytaliśmy książki pod kocem. Ja zacząłem nawet czytać nową powieść, żeby tylko nie czytać niczego, co może być związane z pracą. To był totalny reset. Totalny odpoczynek, którego nam od dawna brakowało. Taki nasz sposób na czas wolny.

Bo nie chodziło tylko o leniuchowanie. Chodziło o to, że byliśmy w tym razem. Nie mógłbym leniuchować, kiedy moja Żona walczyłaby sama ze sprzątaniem domu. Nie maiłbym przyjemności z czytania, jeżeli musiałbym walczyć z sumieniem, że nie staram się jej pomóc. Wspólnie zajęliśmy się tym co konieczne, aby później wspólnie leniuchować pod kocem.

Czy wiele par to potrafi? Uważam, że zdecydowanie cały czas za mało. Za mało się wspieramy. Za mało sobie pomagamy. Za mało planujemy. To wszystko sprawia, że nikt nie ma czasu na takie chwile błogiego lenistwa. Ciągle trzeba za czymś gonić. A nawet, jeżeli ktoś zaczyna leniuchować, to robi to kosztem drugiej strony.

W tym wypadku nie ma miejsca na ustępstwa. Koniec z tym ciągłym pośpiechem. Czasami trzeba wyjąć ten motorek z tyłka i trochę czasu spędzić bez wyrzutów sumienia na absolutnym lenistwie. Bez tego trudno poczuć, że się naprawdę żyje. W ciągłym pędzie każdy dzień wygląda tak samo. Nie ma w takim życiu czasu na reset i nabranie sił. A to przecież dobrze nie może się skończyć.

Wnioski?

Trudno mi to przyznać, ale ostatnio zrozumiałem, że nie jestem niezniszczalny. Każdy jest, bo każdy ma swoje słabości. Tylko nie każdy daje sobie na to przyzwolenie. Ja nie dawałem sobie okazji do chorowania i słabości. Zmogło mnie i zrozumiałem, że to też ważny element naszego życia. Chwila słabości jest okazją do zmiany perspektywy patrzenia na świat.

Lenistwo, jako sposób na odpoczynek nie musi być niczym złym, jeżeli oczywiście nie odbija się to na kimś innym. Jeżeli wspólnie w związku zadbacie o to, aby mieć trochę tego czasu na leniuchowanie, to chwała Wam za to. Nie może być jednak tak, że jedno z Was leży z brzuchem do góry, a drugie po nocach robi wszystko za dwoje.

Dla mnie był to refleksyjny weekend. Odzyskałem siłę do pracy. Zostałem też trochę nowej motywacji. Mam też szerszą perspektywę. Często jest tak, że radzimy innym, ale sami uważamy, że te rady są nam niepotrzebne. To złudna myśl.

Muszę stale sobie przypominać, aby zwolnić. Stale muszę pamiętać, aby nie dać się wpędzić w ten wir współczesnego świata. Motorek w tyłku to nic dobrego. Może Ci się wydawać, że dzięki niemu osiągniesz sukces, ale to tylko iluzja. Kiedy skończy Ci się paliwo, nie będziesz potrafił się podnieść. Ten motorek to wymysł tego świata, dlatego warto być czujnym.

Ja już będę o tym pamiętał (przynajmniej do momentu, kiedy znów się nie zapędzę). Teraz twoja kolej. Zastanów się nad swoim życiem. Czy dajesz sobie przyzwolenie na słabości? Czy masz z kim poleniuchować bez wyrzutów sumienia? Czy jesteś gotowy zrobić sobie przerwę?

Dla mnie była to szalenie ważna lekcja życia. Może również coś wyciągniesz dla siebie z mojej historii. Tego Ci właśnie życzę.

Pozdrawiam,

Patryk Wójcik – psycholog.


Kolejne inspiracje znajdziesz na moim Facebooku: Psychologia, związki i rozwój osobisty.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here