Każdy, ale to naprawdę każdy, zna jakiegoś Wiktora. Nie chodzi mi tu o samo imię, ale o „syndrom Wiktora”, który każdy z nas dobrze zna ze swojego dzieciństwa. Co ciekawe, cierpi na niego wielu sportowców, których byś nawet o to nie podejrzewał. Czy jesteś gotowy poznać prawdę, czym tak naprawdę jest „syndrom Wiktora”?

O tym jak psycholog obserwował dzieci bawiące się na podwórku.

Może Ci się to wydawać dziwne, ale dzieci nadal bawią się na podwórkach. Ostatnio miałem okazję trochę się takim zabawom poprzyglądać. Zacznę jednak od krótkiej historii minionego weekendu. Pomagałem Tacie w malowaniu tarasu, a na ulicy bawiła się gromadka dzieciaków. Były w różnym wieku, a najstarszy z nich to właśnie Wiktor.

To Wiktor dyktuje zasady wszystkich zabaw. To Wiktor jest najlepszy w piłkę, siatkówkę i badmintona. Inne dzieciaki patrzą na niego jak w obrazek. Jest ich gwiazdą, kimś kto zawsze zna rozwiązanie. Ale Wiktor ma też swój sekret.

Wiktor nigdy nie bawi się z rówieśnikami. Nie bawi się też ze starszymi. Zawsze chce być najlepszy. Bez względu na wszystko, za wszelką cenę chce być gwiazdą wśród dzieciaków. Jego metodą jest właśnie zabawa z młodszymi dziećmi. To czy jest najlepszy, zależy w dużym stopniu od jego środowiska. Jednak czy w takim środowisku Wiktor może się rozwijać?

Dlaczego warto być najgłupszą osobą na sali?

Obserwując Wiktora, przypomniały mi się słowa Michała Wawrzyniaka. Michał mówił, że wiele lat temu chciał być zawsze pierwszy i najlepszy w każdej dziedzinie za którą się zabierał. Zawsze chciał być liderem. Być z przodu i wyznaczać kierunek. Jednak w pewnym momencie zrozumiał, że nie jest to dobra droga do rozwoju.

Zapadły mi w pamięci jego słowa. Nawet nie wiem, kiedy dokładnie to powiedział, jednak sam przekaz jest moim zdaniem bardzo mocny. Michał zrozumiał, że aby się rozwijać, powinien być „najgłupszą osobą na sali szkoleniowej”. Jeżeli nie podoba Ci się sposób w jaki Michał rozwija swoją firmę, możesz stwierdzić, że to nic trudnego w jego przypadku.

Jednak chodzi o coś zupełnie innego. Jeżeli jesteś najgłupszą osobą na sali szkoleniowej, to znaczy, że otaczasz się naprawdę niesamowitymi ludźmi. Są to osoby, które stale podwyższają Ci poprzeczkę. Bo od kogo możesz nauczyć się najwięcej? Od osób, które są mądrzejsze, czy głupsze od Ciebie? Podobno jedno z przysłów milionerów głosi, że warto zatrudniać ludzi mądrzejszych od siebie.

Każdy kto to zrozumiał, stara się walczyć za wszelką cenę z „syndromem Wiktora”. Bo Wiktor nigdy nie wszedłby na taką salę szkoleniową. Jego otoczenie zawsze jest gorsze od niego. To on zawsze jest górą. Czy w takim środowisku można się rozwijać? Czy Wiktor sam nie robi sobie krzywdy?

Dlaczego sportowcy cierpią na „syndrom Wiktora”?

„Syndrom Wiktora” możesz zaobserwować na każdym kroku. Świetnym przykładem jest tu świat sportu. Skupmy się na piłce nożnej, ale podobne historie znajdziesz w praktycznie każdej innej dyscyplinie. Zastanów się nad tym, dlaczego wielu świetnie zapowiadających się piłkarzy w momencie zmiany klubu, nie potrafią się zupełnie odnaleźć.

Wyobraź sobie Wiktora, piłkarza z małej szkółki w naprawdę małym miasteczku. Wiktor jest najlepszy. Już od dawna nie gra ze swoimi rówieśnikami, ale z zawodnikami o kilka lat starszymi. Błyszczy na ich tle. W każdym meczu zdobywa bramki. Jest naprawdę świetnie zapowiadającym się piłkarzem.

Wiktor jest lubiany. Jest lokalną gwiazdą. Niektórzy mówią, że będzie drugim Lewandowskim, albo nawet drugim Ronaldo. Nie muszę Ci nawet opowiadać więcej, na pewno znasz takie historie. Z Wiktorem chcą się umawiać wszystkie dziewczyny. Nauczyciele go uwielbiają. Nawet lokalna gazeta pisze o nim od czasu do czasu.

Jednak nic nie trwa wiecznie. Przychodzi moment trudnej decyzji. Wiktor ma dwie możliwości. Pierwsza to zostać w swojej małej mieścinie i nadal być najlepszy. Może znaleźć dodatkową pracę i nadal brylować na boisku. Będzie się mówiło dużo o tym, co to by było, jakby Wiktor trafił do klubu X czy Y. Jednak Wiktor postanawia zostać w swoim bezpiecznym otoczeniu.

W innej sytuacji, Wiktor może zdecydować się na przejście do mocniejszego klubu. Z roli gwiazdki, czy idola, przypadnie mu rola podającego ręczniki. Nie chodzi o to, że będzie najsłabszy, choć i to jest możliwe. Chodzi raczej o to, że jego sława została w jego mieście, a wszystko na co pracował, przeminęło. Zaczyna wszystko od zera, a czasami nawet z gorszej pozycji, jeżeli względem jego osoby, pojawią się od razu zbyt wysokie oczekiwania.

Ilu znacie takich „Wiktorów”, którzy w swoich macierzystych klubach byli nie do zatrzymania, a po zmianie otoczenia zupełnie gaśli? Taka jest kolej rzeczy, bo wiele z takich lokalnych gwiazd, nigdy nie wybije się w większym klubie. I nie chodzi nawet o to, że zaczynają słabiej grać. Zmienia się ich punkt odniesienia. Już nie mają wokół siebie gorszych graczy, tu każdy jest lepszy i zupełnie nie potrafią się odnaleźć w tej nowej roli.

Trzeba mieć naprawdę mocny charakter, aby z zaciśniętymi zębami walczyć o swoje. Trzeba być odważnym, aby zdecydować się na taki krok i wyjść ze swojej bezpiecznej oazy. Jeżeli „syndrom Wiktora” jest silny, prawdopodobnie po zmianie środowiska, piłkarz nie spełni pokładanych w nim oczekiwań.

Piłka nożna jest tu tylko namacalnym przykładem. Tak samo może być w szkole, czy w pracy. Nie ma to znaczenia. Chodzi o to, że to jaką pozycję zajmujesz w swoim środowisku, zależy w dużej mierze od tego, jakimi otaczasz się ludźmi. Jeżeli stale jesteś na czele, nie masz pojęcia jak przekraczać swoje granice. Tkwisz w miejscu, które jest wygodne i ciepłe. Jeżeli cierpisz na „syndrom Wiktora” możesz być gwiazdą, jedynie pośród mizernych graczy.

Jak walczyć z „syndromem Wiktora”?

Sposób na walkę z „syndromem Wiktora” może wydawać się banalnie prosty. Polega on na tym, abyś ciągle podwyższał sobie poprzeczkę i stawiał sobie nowe wyzwania. Jednak, aby to miało sens, musisz otaczać się ludźmi, którzy są w czymś lepsi od Ciebie. To właśnie główna zaleta posiadania mentorów.

Nie chodzi o to, by stale być najgłupszą osobą na sali szkoleniowej. To też nie jest rozwiązanie. Zbyt wysoko postawiona poprzeczka, może Cię w końcu zdemotywować do dalszego działania. Chodzi o to, aby znaleźć swój właściwy punkt odniesienia. Trzeba znać swoją pozycję i umieć się do tego przyznać przed samym sobą.

Trzeba wiedzieć kto jest w mojej dziedzinie lepszy ode mnie. Warto też wiedzieć kogo już przeskoczyłeś swoją wiedzą i doświadczeniem. No i na końcu, warto być świadomym tego, kto Cię goni. Jeżeli będziesz monitorował swoją pozycję w branży, będziesz wiedział od kogo powinieneś czerpać wiedzę.

Warto otaczać się osobami lepszymi od siebie, bo tylko w ten sposób możemy pokazać samym sobie, że jeszcze długa droga przed nami. Moim zdaniem, ekspertem nie zostaje się raz na zawsze. Bycie ekspertem to sposób na życie. To ciągły rozwój i stałe udoskonalanie swojego punktu widzenia.

Czy jest to psychologia, marketing, czy prowadzenie własnego biznesu, stale można się czegoś nowego dowiedzieć. Stale można się czegoś nauczyć. Sam ciągle poznaje osoby, których wiedza mnie po prostu onieśmiela. Jednak dzięki temu wiem, że warto pracować i się stale rozwijać, bo to co obecnie jest moją granicą, dla innych jest już tylko przeszłością.

Wnioski?

Mam nadzieję, że Wiktor z przytoczonej tu historii w pewnym momencie zacznie zmieniać swoje otoczenie. Bez wyzwań, łatwo jest nam spocząć na laurach. Bez wyzwań, nasze życie staje się monotonne i nudne.

Czasami trzeba się rzucić na głęboką wodę. Czasami trzeba porwać się z motyką na słońce, aby odnieść porażkę. Dzięki temu zrozumiemy, że nie byliśmy jeszcze gotowi. Sparzymy się, jednak zdobędziemy coś znacznie cenniejszego. Zdobędziemy doświadczenie, które może zaprocentować w przyszłości.

Sam panicznie bałem się popełniać błędów. Nadal się boję, ale próbuję z tym walczyć. Kiedyś wszystko musiało być doskonałe i przemyślane. Każdy plan musiał mieć opcję A, B i C. No i jak te opcje zawodziły, to była przygotowana opcja D. Jednak to zwyczajna głupota i marnowanie czasu.

Czasami nie ma co zbyt dużo myśleć, bo od myślenia może nas tylko rozboleć głowa. Czasami trzeba coś zrobić, aby się przekonać, że nasz punkt widzenia jest idiotyczny. Dostaniemy lekcję, stracimy trochę czasu i kasy, jednak nauczymy się czegoś o sobie.

„Syndrom Wiktora” jest główną przeszkodą do tego, aby ryzykować. Jest to przeszkoda do przekraczania własnych granic. Jest to przeszkoda, która trzyma nas usilnie w miejscu. Za żadne skarby tego świata, nie możemy się przez to ruszyć. To nasza złota klatka, z której tak mocno nie chcemy uciekać.

Jednak po tym artykule wiesz już jak działa ten mechanizm. Poobserwuj swoje otoczenie i poszukaj własnego „Wiktora”. Może nawet pamiętasz go z dzieciństwa? Może sam byłeś „Wiktorem”? Zastanów się, do czego to wszystko doprowadziło? Pomyśl o tym przez chwilę i zastanów się czy warto poszukać jakiegoś nowego wyzwania?

Kiedy ostatnio próbowałeś przekroczyć granicę własnych możliwości?

Pozdrawiam,

Patryk Wójcik – psycholog.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here